Kursy czy lekcje?

UCZYĆ SIĘ, ALE JAK?

Zacznijmy od tego, że tango nie jest tańcem łatwym. Choć bardzo szybko (właściwie już po pierwszej lekcji) można z niego czerpać frajdę, nauka ciągnie się przeważnie latami. Takim – ponurym, zdawać by się mogło – wstępem nie zamierzamy jednak nikogo zniechęcać, przeciwnie. Naszym zdaniem jest to zaleta: o ile się tylko nie zniechęcimy, zabawa nam się z pewnością nie znudzi. Wpierw będziemy szlifować umiejętności, uczyć się coraz bardziej skomplikowanych „kroczków”, a po wielu latach (wraz z nastaniem tangowej mądrości) zaczniemy oczyszczać swój taniec ze zbędnych fiorytur i wracać do podstaw, w których zawsze znajdzie się coś do poprawienia. Nie mówiąc już o bezustannym szukaniu trików i sztuczek, dzięki którym będziemy nie tylko czerpać większą przyjemność z tańca, ale też zapewniać takąż partnerowi/partnerce. A ponieważ tango tańczyć można do bardzo późnej starości, radości i żale mamy zapewnione do końca życia (lub dłużej, w zależności od wyznawanych poglądów metafizycznych)!

Doskonale, powiecie, ale jak zacząć?

Oto kilka (chaotycznych) rad wynikających z doświadczenia własnego i obserwacji.

– Najważniejsze: nie zwlekać z podbojem milong. Lekcje, lekcjami, ale najlepiej (i najprzyjemniej) uczyć się… tańcząc. Dotyczy to zwłaszcza prowadzących, którzy powinni od początku wdrażać się do aleatorycznych warunków panujących na zatłoczonym parkiecie milongi: warunki te nie mają bowiem nic, ale to nic wspólnego z uładzonym i przestronnym środowiskiem lekcyjnym.

– Uczyć się intensywnie (zwłaszcza w pierwszym okresie). Argentyńscy młodzi wymiatacze przez pierwsze dwa lata nauki biegają przeważnie na pięć lekcji w tygodniu + milongi. Dopiero po tym okresie, kiedy już nieźle opanowali technikę i mają ciała wdrożone do tanga, zaczynają się uczyć samemu (chociażby ćwicząc na practicach). Po tych dwóch latach tańczą zresztą tak, że miło popatrzeć.

– Nie spieszyć się. Lepiej nauczyć się jednej rzeczy dobrze niż pięciu byle jak. Nie poganiajcie nauczycieli, tylko na tym stracicie.

– Słuchać jak najczęściej tang; ćwiczyć samemu w domu, windzie, sklepie itd. (siejmy zgorszenie, ale nie dajmy się aresztować!).

– (dla facetów) Uczyć się na własnych błędach. Jeśli prowadząc jakąś figurę pomyliliście się, a mimo to wyszło wam coś fajnego i przyjemnego (dla was i partnerki), spróbujcie to powtórzyć i zapamiętać. Wasze ciało jest najlepszym nauczycielem, gdyż najlepiej zna własne możliwości.

– Znajdźcie sobie kogoś do stałych ćwiczeń, ale starajcie się też tańczyć z wieloma partnerami/partnerkami.

– nie zmuszajcie nauczycieli do uczenia was tego, co nigdy wam się nie przyda na milondze. „Pokazowe” figurki są cudowne… jeśli chcecie dawać pokazy. Można się ewentualnie zgodzić, że ćwiczenie ich jest po prostu… dobrym ćwiczeniem (ogólnorozwojowym). Ale dla początkujących najważniejsze jest co innego: zdobycie umiejętności prostego tańczenia na milongach, zgłębienie sztuki „nawigacji” po parkiecie, praca nad postawą, nauka chodzenia, proste obroty, zmiany kierunku itd. Na najlepszych milongach w Buenos Aires nikt (oprócz natychmiast rozpoznawalnych i bezlitośnie sekowanych turystów) nie stara się tańczyć tak jak znani z youtube mistrzowie na pokazach. I naprawdę nikomu nie zaimponujecie skomplikowaną figurką zrobioną byle jak. Partner katujący na środku parkietu nieszczęśnicę, która mimo najlepszych chęci nie może odgadnąć jego wzniosłych planów, wygląda po prostu żałośnie.

– take it easy, czyli nie kłócić się. Ponoć wiele życiowych par poznało się (czy polubiło) na parkiecie. Być może w tym micie jest ziarnko prawdy. Nie ulega natomiast wątpliwości, że jeszcze więcej par rozstało się z powodu tanga. Jeśli twój partner bez przerwy drze się na ciebie na lekcjach, każdy sąd udzieli ci rozwodu w trybie przyspieszonym. Początkujący – niejako z definicji – nie potrafią prowadzić ani podążać. Kiedy coś im nie wychodzi, skłonni są jednak sądzić, że wina leży po drugiej stronie. Tymczasem nie ma mowy o żadnej winie: po prostu dopiero się uczą! Nadepnęliście partnerkę? Przewróciłyście partnera? Obróćcie to w żart. Od krzyczenia na was są nauczyciele. Za to im płacicie…

Lekcje prywatne czy grupowe?

Lekcje prywatne są oczywiście doskonałym rozwiązaniem wtedy, gdy z jakiegoś powodu nie możemy uczęszczać na regularny kurs (nienormowany czas pracy, częste wyjazdy, brak partnera, potrzeba wyprania dużej ilości brudnych pieniędzy w krótkim czasie itd.).
Nauczyciele niechętnie o tym wspominają (ktoś w końcu musi chodzić do nich na zajęcia grupowe!), sami wzdragamy się przed wyjawieniem tego mrocznego sekretu, ale co tam: dla prowadzonych lekcje prywatne są też dobrym rozwiązaniem z innego względu. Uczą się od razu podążać za dobrym prowadzeniem i mogą w ten sposób uniknąć utrwalania złych nawyków. Ponadto, co tu kryć, nawet jeśli nauczyciele poświęcają uwagę prowadzonym (co nie jest wcale regułą) program lekcji grupowych jest zazwyczaj adresowany przede wszystkim do prowadzących. W rezultacie na kilku dobrych lekcjach prywatnych dziewczyny (gdyż to właśnie one kryją się przeważnie za tajemniczym określeniem: prowadzone) uczą się czasem więcej niż na paromiesięcznym kursie! Z drugiej jednak strony lekcje grupowe pozwolą wam poznać ludzi, gdy pojawicie się na milongach raźniej wam będzie zobaczyć znajome twarze z kursu i łatwiej o zaproszenia do tańca.

Natomiast prowadzący więcej chyba korzystają na lekcjach grupowych (w każdym razie w pierwszym okresie). Na prywatnych można wprawdzie ćwiczyć postawę czy nawet muzykalność, ale uczenie się na nich „kroczków”, to raczej strata czasu, a już z pewnością pieniędzy. Na lekcję prywatną najlepiej iść wtedy, gdy coś nam nie wychodzi lub nad czymś konkretnym chcemy popracować. Słowem dla facetów lekcje prywatne nie są po to, by uczyć się czegoś nowego, ile po to, by poprawiać to, co już umieją! A przede wszystkim, by popracować nad kontaktem z partnerką (i podłogą), precyzją prowadzenia, rytmiką.

Czy początkującym opłaca się chodzić na warsztaty z Argentyńczykami?

– Zdecydowanie tak. W Polsce nikt jeszcze nie tańczy tak, jak najlepsi z Argentyńczyków. Zdarza się, że owi mistrzowie kiepsko uczą (na przykład zbyt trudnych układów). Trudno. Najważniejsza jest bowiem możliwość przyjrzenia się z bliska, jak ci dranie się poruszają. Coś z tego i tak nam zostanie (zresztą można popytać tych, którzy z danymi nauczycielami mieli już kontakt). Oczywiście mówimy tu o naprawdę dobrych tancerzach, zdarza się przyjeżdżają do nas osoby delikatnie mówiąc przypadkowe. Przed zapisaniem się, lepiej zobaczyć jak tańczą (choćby na youtube) lub popytać ludzi.

Do kogo się zapisać na lekcje?

– Idealnie byłoby pójść na próbne zajęcia do wszystkich nauczycieli i popatrzeć jak uczą. Ale nikt tak nie robi (i nie wszyscy nauczyciele godzą się na taką próbną lekcję) i wy pewnie też z tej rady nie skorzystacie. Przyjrzyjcie się chociaż, jak tańczą na milongach. Jeśli wam się nie podobają, jeśli nie chcecie tak tańczyć, poszukajcie innych. Wreszcie dobrze jest popytać ludzi. Pamiętajcie jednak, że w „środowisku” istnieje silnie zakorzeniony zwyczaj wychwalania własnych nauczycieli i odsądzania innych od czci i wiary. Jeśli usłyszycie od wielu osób: „zaczynałem u Iksa”, ale przeniosłem się do „Igreka” może to być jednak wskazówką, że warto rozważyć rozpoczęcie nauki od razu u „Igreka” – czyli u nas ;-).

Informacja o naszych kursach znajduje się na stronie głównej).

Hmm… Cóż by tu jeszcze dodać, jeśli cokolwiek nam się przypomni, nie omieszkamy się z wami podzielić świetlaną ideą. Z przyjemnością odpowiemy też na wszelkie – no, bez przesady! – pytania.

Dodaj komentarz